|
Występował z Trubadurami w charakterystycznych
przebraniach w stylu muszkieterów. Grali muzykę
gitarową, popularny w latach 60-tych big bit.
– Wtedy tak się grało. Świat się
przewrócił kiedy pojawił się Elvis Presley,
Beatlesi. Graliśmy ich nawet w Związku
Radzieckim. A jak przyszła cenzura - wspomina
Krawczyk – to mówiliśmy że to muzyka biednych
amerykańskich niewolników a myśmy najnormalniej
grali rock and rolla - |
|
Po rozstaniu z grupą jako już
Krawczyk solista zdobywa na festiwalu w Sopocie
trzy nagrody. Potem znika i wyjeżdża do Stanów
Zjednoczonych. W 1985 roku wraca do Polski i
ponownie w Sopocie zdobywa laury. Po wypadku w
1988 roku kolejny raz wylatuje do USA. Wraca i
na początku lat dziewięćdziesiątych nawiązuje
współpracę ze sceną discopolową. Zyskuje tym
samym nową publiczność, ale i odchodzą od niego
starzy fani. Mimo to w sondażu z 2000 roku
zrobionego przez OBOP Krzysztof Krawczyk zostaje
wybrany jako najpopularniejszy polski wokalista.
Teraz od 10 lat współpracuje z
najlepszymi. Goran Bregović, Andrzej Smolik,
Maciej Malańczuk, Muniek Staszczyk, Edyta
Bartosiewicz to tylko kilkoro artystów z którymi
poczynił wspólne projekty. Mimo nagrania ponad
100 płyt i nieskończonej ilości piosenek,
Krawczyk zachowuje dystans do siebie.
– To że w wieku 65-lat wychodzę na
scenę i śpiewam a ludzie mnie chcą słuchać to
naprawdę jest cud – powiedział artysta przed
pyrzyckim koncertem – wierzę w diabła, w anioły
i Pana Boga a moim idolem jest Chrystus -
Chciałem być lekarzem
Koncert Krzysztofa Krawczyka sprzedał
się nadzwyczaj dobrze. Bilety w dniu koncertu
były nie do zdobycia. Mistrz wraz z zespołem
wykonał największe przeboje, między innymi
„Parostatek”, „Jak minął dzień”, „Ostatni raz
zatańczysz ze mną” czy „Rysunek na szkle”. Jeden
ze swoich przebojów ”Bo jesteś ty” dedykował
żonie Ewie, która śpiewała w chórkach. Cała sala
pod koniec występu na stojąco nuciła wraz z ex-
Trubadurem. Po raz kolejny Krawczyk publiczność
miał u stóp. Na pytanie kim by był gdyby nie
został piosenkarzem, z uśmiechem zdradził:
- Jak byłem małym chłopcem, chciałem być
lekarzem w Pogotowiu Ratunkowym, potem
strażakiem bo tam syrena wyła, no i marynarzem
bo mój ojciec często pływał na statkach
turystycznych. Jednak scena była dla mnie od
zawsze. Ojciec rysował mi pięciolinię a na nich
nuty. Moi rodzice byli śpiewakami operowymi.
Wychowałem się w tej aurze – wyznał piosenkarz.
Na pyrzyckiej scenie czuł się jak na
swoich urodzinach, wśród swoich przyjaciół.
Celebrował każdy utwór a publiczność odpłacała
mu się za każdym razem gromkimi brawami. |