:: AKTUALNOŚCI   :: MIASTO   :: SPORT    :: FIRMA  :: FORUM   :: KONTAKT  


 Bimber, banany i coca-cola

08.05.2009


   reklama
     

        Jak festiwal to i jadło i napitki. Nie samą muzyką przecież człowiek żyje. Były stoły syto zastawione dla wybrańców i skromniejsze stoliki dla ludu. Były schabowe, banany i kasza gryczana. Było ekskluzywnie i swojsko. Zawsze jednak wtórowała nam zasada „Gość w dom, Bóg w dom”

 

jeden z hinduskich wegetarian

 

        Przez kilka dobrych lat reprezentacyjna jak na owe czasy restauracja NIWA zbierała dorodne żniwo. Przez trzy dni festiwalowi goście posilali się tym co ten nasz symbol gastronomii proponował. A nie była to wysublimowana kuchnia. Jak donosił Pyrzycki Kogucik z czerwca 1989 roku – „Niwa okupowana była przez gości Artura Marcinkiewicza. Inni klienci bez znaczka i stosownego bonu byli zawiedzeni i wypraszani. Zadowolona jedynie obsługa – stołownicy otrzymywali jeden zestaw potraw” i koniec. Ciekawe czy dyżurny tatar z jajkiem był na zakąskę do tradycyjnej setki po obiadku?
        Za to w pobliżu Sławobora (drewniana rzeźba rycerza stojąca niegdyś obok ratusza) na straganie można było kupić okazyjnie, bardzo poszukiwaną w latach osiemdziesiątych książkę „Kuchnia Polska” za jedyne 16 tys. złotych. Nie było gdzie smacznie zjeść to choć obrazki można było pooglądać.
        Dla obcokrajowców natomiast, zwłaszcza tych dewizowych, niezrozumiałym było sprzedawanie na straganie coca-coli w puszkach jako ekskluzywny towar. Dla nich napitek powszedni, dla nas marzenie aby postawić puszeczkę na półce dla kolekcji. Któż z nas nie miał choć jednej puszki po piwie lub coli, nie wspominając paczek po papierosach zaczepianych na słomiance.
        Głos Szczeciński z czerwca 1990 roku wspominał o stoisku ogólnospożywczym które – „…prowadzili pewien redaktor i pewien dyrektor. Największym powodzeniem cieszyły się u nich banany”. Czyżby to red. Tararako z dyr. Marcinkiewiczem sprzedawali burżuazyjny owoc? Nie wiadomo.
        Pewne jest że oprócz oficjalnego piwa POŁCZYN na placu handlowano przemycanym (też w puszkach) piwem GILDE PILSNER z Hannoveru. To na początku lat 90-tych a teraz? Jeszcze rok temu nieźle szedł handel białoruskiej grupie sprzedając papierosy LM i wiecznie legendarną PSZENICZNĄ.

 
   reklama  
   
 

Pyrzyczanka pod księżycem
Jedni sprzedawali wódkę inni ją sami produkowali. Do legendy Spotkań z Folklorem przeszła „Księżycówka” lub jako bardziej znana „Pyrzyczanka” i nie ma to nic wspólnego ze statuetką rozdawaną co roku z okazji Spotkań Noworocznych. Pyrzyczanka była wyśmienitym trunkiem produkowanym jeszcze na początku festiwalu. Stan wojenny, w sklepach pustki, a tu brać ludowa ma się zjechać do Pyrzyc. Trzeba było czymś ugościć. - Tak, była robiona Pyrzyczanka, ale nie był to bimber w czystej postaci – wspomina Bolesław Garczyński - to był majstersztyk. Często nawet myślano, że to koniak -
        Przepis był prosty. Kupowano pospolite wino, nie bez problemu, ale pod ladą zawsze dla znajomych można było dostać. Zlewano do butli i wzbogacano cukrem. Cukier również produkt deficytowy, ale dla wspólnego dobra zawsze ktoś przyniósł. W ciemni starego domu kultury wywar leżakował i dojrzewał spokojnie. Następnie po odpowiednim czasie przy romantyczny świetle księżyca, uszlachetniona ciecz zostawała destylowana. Zapachu „pędzenia” nie było za to smak i legenda pozostała do dziś.

Schabowe dla wegetarian
To że jesteśmy narodem mięsożernym, wie każdy. Pieczone kurczaki, grillowane steki, szaszłyki i kotlety mielone czy panierowane. Wsuwamy wszystko. Tak zwłaszcza było w okresie wolnego rynku, kiedy to po obaleniu wina marki Wino, Komunizmu i Muru Berlińskiego, w wolnym handlu pokazało się mięso bez kartek. Istne szaleństwo. Nie ważne czy kurczaka je się rękami czy widelcem. W recepcji festiwalu upieczonego przedstawiciela drobiu jadło się nawet łyżeczką od herbaty. To dla pracowników domu kultury żadna ekstrawagancja i nie czas na konwenanse, liczyła się szybkość. Przecież za chwilę trzeba było biec pod scenę i pilnować programu.
        Inna sprawa jeśli chodzi o festiwalowego gościa. Bo czyż nie jest tak że „Gość w dom to Bóg w dom” i wszystko zrobimy aby był zadowolony? Tak też podszedł do sprawy ówczesny dyrektor Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Pyrzycach Marian Matysiak. W 1996 roku było mu dane ugościć zespół SETU z Indii. Pierwszym posiłkiem jaki mieli zjeść był obiad. Hindusi zakwaterowali się w pokojach internatu i zeszli do stołówki na posiłek. Jakież było ich zdziwienie kiedy to na talerzach zobaczyli ziemniaki z sosem i ogromne kotlety schabowe. Nie było kiedyś w zwyczaju pytać się co jedzą grupy zapraszane na festiwal. W dobrej intencji Marian Matysiak zarządził schabowy z podwójną panierką, niech wiedzą że u nas dobrobyt. A tu szok po obu stronach. Oni widzą mięso na talerzu, a my wegetarian. Szybko zmieniono menu i przez pozostałe dni Folkloru grupie SETU podawano ryż z dżemem truskawkowym, kaszę gryczaną, sałatę i startą marchew.

From

 
 
 
     
 
powrót


 reklama

ZAMBRZYCKI    ARMEL    SAJ-BUD  AJAGA Meble           


 Copyright © 2004-2011 Agencja NEFRE

Wszystkie Prawa Zastrzeżone

statystyka