|
Przez
kilka dobrych lat reprezentacyjna jak na owe
czasy restauracja NIWA zbierała dorodne żniwo.
Przez trzy dni festiwalowi goście posilali się
tym co ten nasz symbol gastronomii proponował. A
nie była to wysublimowana kuchnia. Jak donosił
Pyrzycki Kogucik z czerwca 1989 roku – „Niwa
okupowana była przez gości Artura
Marcinkiewicza. Inni klienci bez znaczka i
stosownego bonu byli zawiedzeni i wypraszani.
Zadowolona jedynie obsługa – stołownicy
otrzymywali jeden zestaw potraw” i koniec.
Ciekawe czy dyżurny tatar z jajkiem był na
zakąskę do tradycyjnej setki po obiadku?
Za to w pobliżu Sławobora (drewniana
rzeźba rycerza stojąca niegdyś obok ratusza) na
straganie można było kupić okazyjnie, bardzo
poszukiwaną w latach osiemdziesiątych książkę
„Kuchnia Polska” za jedyne 16 tys. złotych. Nie
było gdzie smacznie zjeść to choć obrazki można
było pooglądać.
Dla obcokrajowców natomiast,
zwłaszcza tych dewizowych, niezrozumiałym było
sprzedawanie na straganie coca-coli w puszkach
jako ekskluzywny towar. Dla nich napitek
powszedni, dla nas marzenie aby postawić
puszeczkę na półce dla kolekcji. Któż z nas nie
miał choć jednej puszki po piwie lub coli, nie
wspominając paczek po papierosach zaczepianych
na słomiance.
Głos Szczeciński z czerwca 1990 roku
wspominał o stoisku ogólnospożywczym które –
„…prowadzili pewien redaktor i pewien dyrektor.
Największym powodzeniem cieszyły się u nich
banany”. Czyżby to red. Tararako z dyr.
Marcinkiewiczem sprzedawali burżuazyjny owoc?
Nie wiadomo.
Pewne jest że oprócz oficjalnego piwa
POŁCZYN na placu handlowano przemycanym (też w
puszkach) piwem GILDE PILSNER z Hannoveru. To na
początku lat 90-tych a teraz? Jeszcze rok temu
nieźle szedł handel białoruskiej grupie
sprzedając papierosy LM i wiecznie legendarną
PSZENICZNĄ. |
|
Pyrzyczanka pod księżycem
Jedni sprzedawali wódkę inni ją sami
produkowali. Do legendy Spotkań z Folklorem
przeszła „Księżycówka” lub jako bardziej znana
„Pyrzyczanka” i nie ma to nic wspólnego ze
statuetką rozdawaną co roku z okazji Spotkań
Noworocznych. Pyrzyczanka była wyśmienitym
trunkiem produkowanym jeszcze na początku
festiwalu. Stan wojenny, w sklepach pustki, a tu
brać ludowa ma się zjechać do Pyrzyc. Trzeba
było czymś ugościć. - Tak, była robiona
Pyrzyczanka, ale nie był to bimber w czystej
postaci – wspomina Bolesław Garczyński -
to był majstersztyk. Często nawet myślano, że to
koniak -
Przepis był prosty. Kupowano
pospolite wino, nie bez problemu, ale pod ladą
zawsze dla znajomych można było dostać. Zlewano
do butli i wzbogacano cukrem. Cukier również
produkt deficytowy, ale dla wspólnego dobra
zawsze ktoś przyniósł. W ciemni starego domu
kultury wywar leżakował i dojrzewał spokojnie.
Następnie po odpowiednim czasie przy romantyczny
świetle księżyca, uszlachetniona ciecz zostawała
destylowana. Zapachu „pędzenia” nie było za to
smak i legenda pozostała do dziś.
Schabowe dla wegetarian
To że jesteśmy narodem mięsożernym, wie każdy.
Pieczone kurczaki, grillowane steki, szaszłyki i
kotlety mielone czy panierowane. Wsuwamy
wszystko. Tak zwłaszcza było w okresie wolnego
rynku, kiedy to po obaleniu wina marki Wino,
Komunizmu i Muru Berlińskiego, w wolnym handlu
pokazało się mięso bez kartek. Istne szaleństwo.
Nie ważne czy kurczaka je się rękami czy
widelcem. W recepcji festiwalu upieczonego
przedstawiciela drobiu jadło się nawet łyżeczką
od herbaty. To dla pracowników domu kultury
żadna ekstrawagancja i nie czas na konwenanse,
liczyła się szybkość. Przecież za chwilę trzeba
było biec pod scenę i pilnować programu.
Inna sprawa jeśli chodzi o
festiwalowego gościa. Bo czyż nie jest tak że
„Gość w dom to Bóg w dom” i wszystko zrobimy aby
był zadowolony? Tak też podszedł do sprawy
ówczesny dyrektor Ośrodka Szkolno-Wychowawczego
w Pyrzycach Marian Matysiak. W 1996 roku było mu
dane ugościć zespół SETU z Indii. Pierwszym
posiłkiem jaki mieli zjeść był obiad. Hindusi
zakwaterowali się w pokojach internatu i zeszli
do stołówki na posiłek. Jakież było ich
zdziwienie kiedy to na talerzach zobaczyli
ziemniaki z sosem i ogromne kotlety schabowe.
Nie było kiedyś w zwyczaju pytać się co jedzą
grupy zapraszane na festiwal. W dobrej intencji
Marian Matysiak zarządził schabowy z podwójną
panierką, niech wiedzą że u nas dobrobyt. A tu
szok po obu stronach. Oni widzą mięso na
talerzu, a my wegetarian. Szybko zmieniono menu
i przez pozostałe dni Folkloru grupie SETU
podawano ryż z dżemem truskawkowym, kaszę
gryczaną, sałatę i startą marchew. |