|
Franciszek Starowieyski nie żyje. Zmarł w
Warszawie w wieku 79 lat. Jeden z najbardziej
oryginalnych i niepowtarzalnych polskich
artystów. Jego kunszt uznany były nie tylko w
Polsce i Europie ale i na świecie. Człowiek
nietuzinkowy, człowiek ceniący swoją odrębność,
artysta nie powtarzalny, pełen skrajności i
kontrastów.
Kiedy witałem się z mistrzem w Biurze
Wystaw Artystycznych w Szczecinie, zaskoczył
mnie swoją czyściutką białą koszulą z
nienagannym krawatem. Ku mojemu zdziwieniu, w
tejże koszuli miał przetarte dziury na łokciach. |
|
Swoje prace antydatował o 300 lat wcześniej.
Mówił, że żyje w swoim ukochanym XVII wieku i
bynajmniej tak się czuł. Pochodził z rodu
szlacheckiego pieczętując się herbem Biberstein.
Naprawdę nazywał się Franciszek Andrzej Bobola
Biberstein-Starowiejski. Za wczesnego socjalizmu
na przekór władzy przyjął najbardziej pospolity
pseudonim- Jan Byk.
W 1983 roku poznałem mistrza jako
Franciszka Starowieyskiego wystawiającego na
Zamku Książąt Pomorskich swoje plakaty. Wraz z
kolegą Jankiem Wanatem pomagaliśmy w wieszaniu
ram z pracami. W trójkę pracowaliśmy przy
kolejności prezentowanych plakatów. W pewnym
momencie Pan Franciszek stanął pośrodku
olbrzymiej sali wystawowej, zmierzył
przymrużonym okiem prace i po chwili na cały
głos krzyknął do mnie: „Romek zamień tego chu…
na koguta!!!”. Zamurowało mnie. Zrobiłem się
czerwony. „Nie rozumiesz? (uśmiechnął
się) Ten wyrazisty rysunek grzyba sromotnika
zamień na plakat z męskim przedstawicielem
drobiu, który jaj nie znosi, a nosi przy sobie”.
Zrozumiałem. Kiedy zamieniłem kolejność, jeszcze
raz się popatrzał i kiwną głową na znak
akceptacji.
Często lubił szokować, ale miało to
jakiś smaczek. Podczas jednego z jego
legendarnych spektakli Teatru Rysowania za
modelkę wybrał sobie obserwatorkę tego
widowiska, tyle że ona o tym nie wiedziała.
Stała wraz z innymi metr od rysującego na
olbrzymim 3 na 5 metrów płótnie artysty. Kobiece
„rubensowskie” kształty i piękno ciała były jego
jednym z głównych motywów. Zaczął więc
zamaszystymi pociągnięciami rysować kobiecy akt
co rusz spoglądając na wybraną przez siebie
modelkę. Dopiero po pewnym czasie zmieszana
kobieta zaczęła się dziwnie zasłaniać. „Proszę
się nie ruszać” - odezwał się z uśmiechem
rysownik - „psuje mi Pani kompozycję, a
zasłanianie nic nie da, przenikam przez materię”.
Innym razem, w trakcie wernisażu, a
było to w „tłusty czwartek”, po oficjalnych
przemowach bez żadnego słowa wyjaśnienia, ku
zdziwieniu wszystkich gości, wyszedł z sali. Po
pewnym czasie otwierają się drzwi i na
specjalnym wózku wypełnionym piramidą pączków, z
rozpędem wjeżdża Starowieyski. Zakupił 150 sztuk
słodkości nafaszerowanych pysznym dżemem. Jeden
pączek miał w środku migdał, i to on stanowił
klucz do całej niespodzianki. Kto natrafił na ów
migdał miał dostać od artysty wybrany przez
siebie plakat wystawiony na wystawie z wypisaną
potem dedykacją. Można sobie wyobrazić zapał co
niektórych do konsumpcji tychże pączków.
Niestety nie byłem tym szczęśliwcem.
Kiedy ostatnio wspominałem o tym
wydarzeniu Arturowi Kuca, planowaliśmy podobne
zaskoczenie podczas finału konkursu ZOOM’2008. W
końcu rozstrzygnięcie konkursu odbyło się tuż
przed „tłustym czwartkiem”. Pomysł ostatecznie
nie wszedł do scenariusza naszej imprezy, ale
nie wykluczone, że podobna sytuacja może się
powtórzyć, aby uczcić wielkiego zwariowanego
artystę, którego miałem szczęście poznać 26 lat
temu. |